Jesteś tutaj: IUMW Strona główna Kierunki Dla nauczycieli Edukacja Analiza tekstu literackiego "Czarny Młyn" - świat wnuków dzieci z Bullerbyn

"Czarny Młyn" - świat wnuków dzieci z Bullerbyn

Interpretacja Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel

Mimo, że Czarny Młyn to bez wątpienia thriller (już z jego okładki, autorstwa Józefa Wilkonia, wieje grozą), po przeczytaniu – paradoksalnie – przywołuje on skojarzenia z idyllicznymi Dziećmi z Bullerbyn Astrid Lindgren. I to bynajmniej nie dlatego, że Czarny Młyn został laureatem II Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren. Obie książki dzielą nie tylko 64 lata od dat wydania, ale przede wszystkim obraz zmian, jakie zaszły w świecie.  I niestety my – wnukowie dzieci z Bullerbyn – nie mamy się czym pochwalić.

Odbiorcą Dzieci z Bullerbyn było dziecko, które poznawało świat innych dzieci i mierzyło się z problemami na swoją miarę (własny pokój, wyrwanie zęba, samodzielne zakupy w sklepie, kłopoty ze starszym rodzeństwem). Dzieci mają pełną swobodę. Rodzice wspierają dzieci, ale są jakby z boku – czytelnik niewiele wie o ich problemach. Tymczasem w Czarnym Młynie – tak jak i w dzisiejszej rzeczywistości – wszystkie problemy, z jakimi zmagają się dzieci, są wynikiem chaosu panującego w świecie dorosłych. Błądząc po ruinach kombinatu dzieci z Młynów zastanawiają, dlaczego tyle lat nikt tego nie uprzątnął?

Dzieci z Bullerbyn to świat biedny, ale harmonijny i ciepły, świat, którym od wieków rządzi porządek pór roku. Czarny Młyn to świat w kryzysie, świat rządzony przez chaos i twarde zasady ekonomii, świat bez miłości – chłodny i obojętny. Co więc łączy te dwie książki? Konstrukcja świata przedstawionego i oczywiście – dzieci – niezależnie od czasów pełne nadziei i ufności. W obu książkach narracja jest pierwszoosobowa, narrator to  jednocześnie główny bohater – w Dzieciach... jest nim 7-letnia Lisa, w Młynie... – 11-letni Iwo – oboje pomysłowi, odważni, spostrzegawczy. I tu i tam śledzimy przygody siódemki dzieci, z których jedno jest niesamodzielne. W Bullerbyn jest to słodka, mała Kristen, w Młynach – niepełnosprawna Mela – wcale nie słodka, wręcz przeciwnie – nieprzyjemnie zaburzająca swoim kalectwem tzw. „normalną rzeczywistość”. Jednak w obu powieściach dzieci w naturalny sposób opiekują się na co dzień istotą od siebie słabszą, ma ona stałe miejsce w ich codzienności.

Obie powieści dzieją się też w podobnej przestrzeni – we wsi „na skraju świata”. Jednak odosobnienie Bullerbyn jest jednocześnie jego siłą – budzi skojarzenia z rajem utraconym,    w którym panują harmonia i porządek, a jego mieszkańcy żyją skromnie, ale godnie. I przede wszystkim są samowystarczalni, niezależni od cywilizacji – do sklepu chodzą rzadko, sami szyją, pieką chleb, hodują zwierzęta. Natomiast Czarny Młyn to rodzaj czyśćca, miejsca wykluczonego z „wielkiego świata”, do którego tęskni i aspiruje, i od którego jest całkowicie zależny. Świat Bullerbyn jest skromny, ale wynika to z wyboru i ograniczenia potrzeb materialnych jego mieszkańców, w których centrum uwagi znajduje się rodzina i jej wartości – bliskość, przyjaźń, miłość. W Młynach panuje bieda i niedostatek, rodziny są rozbite, ludzie samotni i zmęczeni wiązaniem końca z końcem. Chociaż i tu, i tam akcja dzieje się na wsi, to tylko w Bullerbyn mieszkańcy żyją w zgodzie z naturą – dbają o zwierzęta (które są też ważnymi postaciami w tekście – nawet krowy i konie mają swoje imiona), o ogrody, sieją i zbierają plony. W Młynach świat wsi jest spotworniały i wykrzywiony, bo natura została zdegenerowana przez cywilizację (transformatory, autostrada, zatrute bagna, spalony kombinat) i mieszkańcy nie mają już z nią żadnego kontaktu. I chociaż to właśnie niedobitki młyńskich zwierząt – żaby, króliki, psy – pierwsze czują, że coś jest nie tak i swoim zachowaniem informują o tym ludzi, ci nie potrafią odczytać tych ostrzeżeń, bo więź ze światem natury została całkowicie zerwana. Obserwujemy powolne umieranie naturalnego środowiska – ziemia nie nadaje się do uprawy, mieszkańcy szukają pracy w odległym mieście lub za granicą, jedynymi zwierzętami hodowlanymi są nieszczęsne króliki, które giną pod kołami aut na początku powieści. Ta masowa masakra uroczych puchatych zwierzątek na rozpędzonej autostradzie pokazuje, jak daleko odeszliśmy od Bullerbyn, w którym tata robi królikom klatki, dzieci żyją w kochających się rodzinach, a dorośli dają im oparcie. W Czarnym Młynie rodziny są rozbite, samotne matki z trudem zarabiają na skromne utrzymanie, a przedstawicielka starszyzny – babka Iwo i Meli – jest postacią mocno kontrowersyjną. Ta sfrustrowana, złośliwa i wiecznie zrzędząca kobieta w niczym nie przypomina łagodnego i mądrego dziadziusia z Bullerbyn. No, może w jednym – oboje mają problemy ze zdrowiem – dziadziuś nie widzi, babcia nie dosłyszy (co w konsekwencji okaże się ratunkiem dla całych Młynów).

Różnice są także w tempie akcji, która w Bullerbyn toczy się leniwie przez wszystkie pory roku, w Czarnym Młynie zaś wydarza się błyskawicznie – w ciągu kilku nerwowych lipcowych dni. Rozstając się z dziećmi z Bullerbyn jesteśmy spokojni – wiemy, że ich życie płynie nadal tym samym rytmem. W Czarnym Młynie – mimo pozornie szczęśliwego zakończenia – nie mamy żadnej pewności, jak potoczą się losy bohaterów. W Bullerbyn wszystko jest proste –każdy z bohaterów ma swoje miejsce jasno określone w społeczności – dzieci są dziećmi, dorośli dorosłymi. Dzieci mają swój bajkowy trochę świat, a na rodziców można zawsze liczyć. W Młynie jest dokładnie odwrotnie, nastąpiła zamiana ról – to dzieci przejmują odpowiedzialność za bezradnych, uśpionych dorosłych. Tylko one zachowują przytomność umysłu, chociaż zamiast bajek na dobranoc świat funduje im za oknem horror. Bezradność, naiwność i zagonienie dorosłych porażają – mama Iwo i Meli, która wie, że skrzydła Czarnego Młyna zaczęły się obracać, ale nikomu o tym nie mówi; babka, która uporczywie nie zwraca uwagi na zegar, który przestał chodzić; obrazy pani Palikowej, które świadczą o tym, że kobieta dawno przeczuwała nadchodzące nieszczęście, ale nie zrobiła nic, żeby do niego nie dopuścić. Niechęć dorosłych w uwierzenie w to, co się dzieje, przypomina rodzaj dziecięcego myślenia magicznego: „Jak zamknę oczy, to potwór zniknie”. Podobnie niestety jest w zakończeniu – tuż po tym, jak Czarny Młyn odlatuje, dorośli próbują zbagatelizować całe zdarzenie. Taki wizerunek dorosłych pozwala wysnuć tezę, że żyjąc zasłuchani w dźwięk Czarnego Młyna, dorośli utracili kontakt z samymi sobą i – co najgorsze – zawiedli swoje dzieci. Wstrząsająca jest scena, w której okazuje się, że roboty, które atakowały dzieci, konstruowali ich – zahipnotyzowani przez Czarny Młyn – rodzice. Rodzice konstruujący maszyny przeciwko w własnym dzieciom to nie tylko straszny, ale przejmująco prawdziwy obraz współczesności, w której problemy dorosłych zmieniają i zaburzają nieuchronnie świat dzieci. To mocne przesłanie porusza nas – dorosłych. Także dlatego, że to dzieci właśnie  w końcowym rozrachunku ratują dorosłych przed nimi samymi.

Co jednak z tego wynika – dla dziecięcego przecież – czytelnika powieści? Nasuwa się odpowiedź – przesłanie: „Dzieciaki – nie bójcie się, jesteście silne, poradzicie sobie”. Ale czy rzeczywiście mamy prawo zrzucać na barki dzieci – nawet najsilniejszych – odpowiedzialność za losy nie tylko ich, ale i świata? Chyba jednak nie. Na szczęście – chociaż na pokolenie rodziców nie ma co liczyć – dzieci nie są zupełnie same. Światełko      w tunelu wyłania się bowiem wraz z postacią babki pędzącej brawurowo na wyścigówce. To ona rozprawia się z najstraszniejszym robotem i ratuje honor dorosłych. A więc może nadzieja jest nie tylko w dzieciach, ale w powrocie do korzeni? W sojuszu międzypokoleniowym, które dzieci niespodziewanie zawiązują z półgłuchą babką? Ciekawe, że to właśnie głuchota (a więc rodzaj kalectwa) ratuje babkę przed losem innych dorosłych – ona jedna nie słyszy buczenia młyna, nie ulega więc jego hipnotyzującej mocy. Może jednak nie tylko głuchota uratowała babkę? Babka była przecież najstarszą mieszkanką wsi, współczesną wiedźmą, którą narastający wokół dramat uwalnia od maski zrzędliwej staruchy. Babka – do tej pory złośliwa Baba Jaga – zaczyna w końcu korzystać ze swojej mądrości czarownicy. To ona jako jedyna nie obraca się przeciwko dzieciom, trzymając twardo miejsce tzw. „normalności” i dając dzieciom szczątkowe – ale jednak – poczucie bezpieczeństwa (piękna scena przygotowywania jajecznicy w cieniu nadchodzącej katastrofy). Kiedy spada śnieg, to babka rozpala ogień pod kuchnią węglową, który rozgrzewa cały dom, bo tylko ona umie jeszcze obsługiwać to staroświeckie urządzenie. Ciepło ognia dodaje odwagi i nadziei dzieciom, które właśnie wtedy podejmują decyzję o wyprawie do Młyna. Ogień rozpalony przez babkę staje się przeciwwagą dla ognia tlącego się pod Młynem – szanse się wyrównują.

Chociaż Czarny Młyn spełnia wszystkie wymogi thrillera z elementami realizmu magicznego, to ta atrakcyjna forma służy czemuś więcej niż tylko utrzymaniu uwagi czytelnika – są w nią zgrabnie wplecione bardzo ważne treści psychologiczne i społeczne, odnoszące się do naszej rzeczywistości. Bo Czarny Młyn to nie tylko powieść o sile dziecięcej przyjaźni i niewinności, ale także mocne przesłanie, że to, co wydaje się nam służyć, w rzeczywistości nas wykorzystuje i zamienia w niewolników. Żyjemy w świecie reklam i billboardów, w którym władzę oddaliśmy przedmiotom – to one decydują o naszym statusie społecznym i poziomie zadowolenia. Równie dobrze powieściowy Czarny Młyn mógłby być wielkim centrum handlowym, które zasysa wszystkich wokół, przerabiając ich powoli, ale konsekwentnie z żywych, czujących ludzi na rodzaj zombi – biernych konsumentów.

Tak więc powieść mimo wartkiej akcji – a może też dzięki niej – stawia czytelnikowi bardzo poważne pytania, dotyczące dzisiejszego świata: Czy to, co się wydarzyło w Młynach nie może się wydarzyć nam? Czy mamy wpływ na rzeczywistość? Jak żyć, żeby tego uniknąć? Gdzie jest ratunek? Może w szacunku dla inności, dla wykluczonych, których przedstawicielami są Mela i cała społeczność Młynów – wyrzucona poza obręb świata przez pędzącą obok, ale dla nich zamkniętą autostradę? Miejscowości, przez które przebiega autostrada, są uprzywilejowanymi pępkami świata, centrum, w którym „się dzieje”, w którym życie pulsuje w rytm reklamowych neonów. Miejsca takie jak Młyny, omijane przez autostradę, są wyrzuconymi poza nawias społeczeństwa odpadami, w których życie powoli zanika. Umiejętność prostego, ale szczęśliwego życia, na której opiera się cały świat Bullerbyn, które stanowi o jego wartości i uroku, została zamieniona na wartość chaotycznego „dziania się”. Samo „bycie” już tutaj nie wystarcza, trzeba „być na czasie”, być w centrum wydarzeń (nieważne jakich).

Po przeczytaniu powieści pojawia się więc pytanie podstawowe i filozoficzne. Pytanie o sens życia. O to, skąd brać do niego siłę, gdzie tkwi źródło prawdziwej mocy? Jak się można spodziewać – nie w kilowatach zasilających komputery, nie w tym, co na pierwszy rzut oka – potężne i budzące respekt. Znamienne, że Młyny uratowała mała, chora, zniekształcona dziewczynka. A więc największa siła jest tam, gdzie jej w ogóle nie szukamy – w tym, co pogardzanie i wykluczone. W świecie wartości i cech dziś zdegradowanych i wyśmianych, jak na przykład – powolność. Jej symbolem w powieści jest Mela, która utrudnia i opóźnia akcję – przez cały czas jest przecież wożona na wózku lub niesiona, Iwo wkłada wiele fizycznego wysiłku, żeby ją utrzymać, przenoszenie wózka nad kablami o mało nie kończy się katastrofą. Mela reprezentuje bowiem wartości inne niż gloryfikowane dziś „bycie na czasie”. Mela na czasie nie jest zupełnie, wręcz przeciwnie – wydaje się, że ze swoją małomównością i promiennym, nieadekwatnym uśmiechem jest poza jakimkolwiek czasem. A jednak to dzięki niej Młyny ocalały. Bo Mela będąc poza czasem widzi więcej. Bo Mela jest uważna. Bo w świecie podwyższonych decybeli i natłoku informacji, Mela mówi tylko to, co naprawdę istotne – wystarczy tylko jej słuchać i zaufać. Wniosek nasuwa się sam: największa siła tkwi w pozornej słabości. I w sile ducha, w wierze, że świat to nie tylko materia, że istnieje coś poza nią. Dzieci uwierzyły Meli, jej dziwnym przepowiedniom, zaufały czemuś, czego nie rozumiały, czemuś nadprzyrodzonemu. Dorośli wierzyli tylko w to, co widać, a i to nie do końca. Na ostatnich stronach powieści dopiero co uratowany ze szponów młyna pan Palik pyta będącego w tej samej sytuacji pana Kaweckiego: „Pamięta pan coś?”, na co Kawecki zdecydowanie odpowiada: „Nic, a nic”. Oczywiste porównanie z niewiernym Tomaszem nasuwa się samo.

A więc Młynom – dzięki dzieciom – tym razem się udało. Jednak Czarny Młyn poleciał dalej. Dokąd? Tego nie wiemy. Jaką mamy pewność, że nie wyląduje obok nas? Nie ma się co czarować – żyjemy w jego cieniu. Czym jest nasz „Czarny Młyn”? Pracoholizmem, który odrywa nas od rodziny? Lękiem przed brakiem pieniędzy? Nałogiem? Uzależnieniem od Internetu? Zakupów?

Dzieci z Bullerbyn są w Polsce lekturą szkolną w klasie trzeciej. Proponuję, żeby Czarny Młyn został lekturą w klasie piątej, stając się podstawą do rozmów z dziećmi o współczesnym świecie i tym, co w życiu jest naprawdę ważne.

 

Biuletyn IUMW